Każdy ma swoje Westerplatte - JP II, Čenstochová. 261 To se mi líbí. Witamy Cię na stronie IV edycji Biegu Papieskiego w Częstochowie.
Mam 176cm wzrostu a moja waga to teraz 73kg. Cwicze juz od ok 3miesiecy (waga poczatkowa bylo to 83kg) i zaczyna niepokoic mnie moja zakrzepica z powodu bolu w zylach. Od ok 3tyg zaczelam cwiczyc bardzo intensywnie 5x w tygodniu sa to intensywne cwiczenia areobowe i cwiczenia z obciazeniami. Do tego dodalam skakanke po treningu i wtedy zaczely
Kim był człowiek, któremu Polska zawdzięcza Westerplatte? "Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie
Były premier, przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, w najnowszym wpisie w mediach społecznościowych nawiązuje do wydarzeń z początku września 1939 roku. Cytuje słowa papieża Jana
Nie było to jednak żadne „róbta, co chceta”. Na Jasnej Górze wzywał: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Przypominał: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte (…) jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić”.
W roku 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości zbliżamy się do 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej Mieć w życiu jakieś swoje Westerplatte.
. Dodano: 02/09/2017 - numer 1816 - 1 września nieodmiennie przypomina, że wolność, niepodległość, dobrobyt nie są nam dane na zawsze i że każdy z nas musi walczyć o rzeczy najważniejsze. Nie zawsze o wolność, czasem o prawo do życia czy normalność, ale zawsze jest coś, o co powinno się walczyć. Przed laty z mocą mówił o tym św. Jan Paweł II: „Każdy z was […] znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”. I my też musimy być świadomi, że mamy wartości, o które 67% pozostało do przeczytania: 33% GPC miesięcznie 25,00 zł 16,00 zł miesięcznie Miesięczny dostęp do wszystkich treści serwisu GPC - na 1 rok 299,00 zł 180,00 zł rocznie Dostęp przez rok do wszystkich treści serwisu Możliwość odsłuchiwania artykułów gdziekolwiek jesteś [NOWOŚĆ] Dostęp do wszystkich treści bieżących wydań "Gazety Polskiej Codziennie" Dostęp do archiwum "Gazety Polskiej Codziennie" Dostęp do felietonów on-line Cały Tusk – kiedy coś się dzieje, znika Trudno nie znaleźć w skandalu gorzowskim analogii do słynnej afery z pracą za seks w Samoobronie. Pani, która była prawdopodobnie mobbingowana i molestowana seksualnie, została zmuszona do wstąpienia... Gorzowska republika kolesi Zapewne słyszał pan o tzw. doktrynie Neumanna. To klasyk tej sytuacji. Uznano, że nic się nie dzieje, że jest tylko słowo przeciwko słowu. W mojej ocenie lubuscy politycy PO zbagatelizowali... Nękanie cywilów taktyką putinowców W czwartek rano rosyjscy najeźdźcy przeprowadzili zmasowane ataki rakietowe jednocześnie w kilku obwodach Ukrainy. Są zabici i ranni. Jeden z ostrzałów został dokonany z ... Wyścig dla pokoju Michał Kwiatkowski będzie wielkim faworytem w największym polskim wyścigu kolarskim Tour de Pologne, który w sobotę w Kielcach wystartuje już po raz 79. Forma zwycięzcy z 2018 r. jest jednak wielką... Komisarz Iustitii osądzi działacza Platformy Dyrektor WORD (i członek PO) złożył prywatny akt oskarżenia przeciwko kobiecie, która stawia mu zarzuty mobbingu i molestowania seksualnego. Sprawa trafiła do referatu sędzi Aleksandry...
W limanowskiej bazylice 5 kwietnia bp Andrzej Jeż udzielił sakramentu bierzmowania młodzieży z tej parafii, a także z Kaniny, Mordarki, Siekierczyny, Starej Wsi i Zalesia. Na początku Mszy św. gospodarz miejsca ks. Wiesław Piotrowski, witając biskupa, młodzież, ich rodziców oraz świadków bierzmowania, przypomniał, jak w ważnym czasie młodzi przyjmują ten sakrament. Będzie się im kojarzył z ważną dla Polski, ale i tego miejsca rocznicą. W 100-lecie niepodległości bowiem limanowska bazylika świętuje 100. rocznicę poświęcenia kościoła. Do rocznicy tej także nawiązał w homilii biskup tarnowski Andrzej Jeż. - Ileż pokoleń Polaków z wielką odwagą i męstwem walczyło o wolność zgodnie z systemem wartości, przelewając krew. Ileż pokoleń budowało to, co stało się naszym udziałem dziś i teraz - mówił do młodzieży biskup, zauważając, iż być może - paradoksalnie - łatwiej było oddawać życie w powstaniu warszawskim ich młodym rówieśnikom, niż dzisiaj w świecie rozmytych wartości być sobą, być wiernym świadkiem Chrystusa. - Każdy z nas, jak mówił Jan Paweł II, ma swoje wewnętrzne Westerplatte. To jest nasze nieśmiertelna dusza, nasze sumienie, nasz system wartości - przypomniał bp Jeż. Walka nie będzie ciężarem, jeśli rzeczywiście kochamy Boga. - Jeśli Go kochamy, to nie będziemy ukrywać tej miłości, ale się Nim szczycić i chwalić, a nie wstydzić. No bo kogóż się wstydzić? Tego, który jest Stwórcą całego wszechświata? Tego, który odkupił człowieka? Tego, który jest źródłem i kresem naszego życia? - pytał przekornie biskup. Życzył młodzieży odwagi i męstwa w budowaniu swojego życia na Chrystusie. - W całym Piśmie Świętym jest 365 zdań, gdzie Bóg kieruje do nas słowo "nie bój się", "nie lękaj". To tak jakby na każdy dzień w roku Bóg do nas to słowo kierował. To fascynujące, że Bogu zależy na tym, żebyśmy się nie lękali, nie bali, żebyśmy byli odważni - przekonywał biskup. Żałował młodych, że oprócz szkoły mają dzisiaj jeszcze tysiące innych zajęć, nie mają czasu, żeby przemyśleć to, co w życiu ważne, pobyć z najbliższymi, nawiązać relację z Bogiem. - Nie dajcie się podporządkować temu szaleństwu. Zawsze wygospodarujcie sobie czas na modlitwę, rozmowę z Bogiem, bo stąd płynie wasza siła, żeby dobrze przejść przez życie. To wówczas, kiedy ogarnia was lęk czy obawa o przyszłość, o codzienność, możecie usłyszeć w swojej duszy te słowa, które wznieca Duch Święty: "Nie bój się, nie lękaj, ja jestem z Tobą" - mówił bp Jeż. Sakramentu bierzmowania w limanowskiej bazylice 5 kwietnia pasterz Kościoła tarnowskiego udzielał podczas dwóch uroczystości. W czasie pierwszej Duch Święty zstąpił na młodzież z Kaniny, Mordarki, Siekierczyny, Starej Wsi, Woli, Zalesia i Limanowej, a podczas drugiej uroczystości sakrament przyjęli gimnazjaliści z limanowskich szkół.
„Każdy znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte” – mówił Jan Paweł II do młodzieży w czerwcu 1987 r. Pewnie chodziło mu o to, że każdy lubi się nawalić, zlizywać wódkę z kart pornograficznych, sikać na portrety przełożonych i uciekać z pola walki. Tak przynajmniej wynika ze słynnego już scenariusza filmu „Tajemnica Westerplatte”. Przez wiele lat młodzi Polacy, którzy zasadniczo wolą grać w „Call of Duty” niż uczyć się historii, zastanawiali się, co też papież miał na myśli. Po premierze dzieła Pawła Chochlewa nie będą już mieli wątpliwości. Reżyser-debiutant, dotąd znany głównie z aktorskich epizodów w sitcomie „13 posterunek”, postanowił bowiem „odbrązowić” kawał polskiej historii. Czyli przedstawić go tak, żeby nie miał nic wspólnego z ustaleniami historyków. Ci ostatni natychmiast przerzucili się z historii na histerię, oskarżając Chochlewa o fałszowanie faktów. Jedynie profesor UW Tomasz Nałęcz trzeźwo zauważył w TVN 24, że scenariusz filmowy to autonomiczne „dzieło literackie”, którego nie należy poddawać naukowej weryfikacji. Co za tym idzie, nawet jeśli historia jest brązowa, twórca filmu ma prawo ją odbrązawiać. Taki Boguś Linda czy inny Robert Więckiewicz nie zagra przecież jakiegoś łajzowatego bohatera, który w kieszeni munduru nosi święty obrazek i rodzinną fotografię. Poza tym żeby film się sprzedał, musi działać na wyobraźnię. Muszą się w nim pojawić wątki alkoholowe i seksualne, bo inaczej widzowie nie będą się mieli z kim utożsamić. Nie sposób zresztą wykluczyć, że załoga Westerplatte miała dostęp do wódki. A skoro tak, to można z tego zrobić leitmotiv. Nieważne, czy było to pół litra na dziesięciu chłopa, pite nocą przy czyszczeniu broni, czy trochę więcej. Z żołnierzy trzeba zrobić alkoholików, żeby na ekranie coś się działo. Podobno Chochlew napisał już dziewięć wersji scenariusza. W ostatniej miłosiernie złagodził najbardziej drastyczne sceny, żeby nie odebrano mu dotacji z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Niepotrzebnie, bo czyż prawdziwemu artyście godzi się iść na kompromisy? W żadnym wypadku. Rozumieją to koledzy Chochlewa z branży, którzy podpisali list otwarty przeciwko „cenzurze prewencyjnej”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się Filip Bajon, Jacek Bromski, Jan Dworak, Feliks Falk, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Agnieszka Holland, Sławomir Idziak, Andrzej Jakimowski, Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Michał Kwieciński, Maciej Strzembosz i Jerzy Stuhr. Nazwiska godne zapamiętania. Sami wybitni artyści, traktujący kręcenie filmów jak pisanie wierszy. Liczy się tylko licentia poetica i wara wam, grubiańscy historycy, od mojej artystycznej wizji! Tyle że – mówiąc bardziej serio – kino jest dość specyficznym rodzajem twórczości. To sztuka, ale też zakorzenione w popkulturze narzędzie kształtowania masowej wyobraźni. Jeżeli także wśród poetów zdarzają się tacy, którzy za swoje główne zadanie uznają wypowiedzenie prawdy o świecie, to co powiedzieć o powinnościach scenarzystów i reżyserów, którzy posługują się obrazem, a nie słowem, a poza tym biorą od państwa ciężką kasę? Szczerze mówiąc, od większości sygnatariuszy listu nie spodziewałem się innej reakcji. Środowisko filmowców jest tak rozpieszczone, że straciło już poczucie jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zastanawia mnie tylko obecność na tej liście małżonków Krauze. Ich filmom trudno zarzucić abstrahowanie od rzeczywistości. Czyżby więc chodziło o pieniądze? O gest solidarności z uciskanym kolegą, żeby w przyszłości nie było problemów z dotacją na własne dzieło? Tak czy inaczej, Chochlew nie powinien robić filmu o Westerplatte, choćby zaproponował pięćdziesiątą wersję scenariusza, całkowicie wyczyszczoną z kontrowersyjnych scen. Po tych fragmentach, które zostały upublicznione przez media, facet jest dla mnie skończony. Ktoś, kto nie rozumie sztuki i nie ma szacunku dla prawdy historycznej, nie mówiąc już o micie i jego duchowych konsekwencjach, niech lepiej dalej gra w sitcomach. Paradoksem jest fakt, że w homilii na Westerplatte Jan Paweł II przestrzegał właśnie przed relatywizowaniem prawdy. I wzywał do walki z egoizmem: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie”. Może dla dzisiejszych filmowców te słowa niewiele znaczą. Dla mnie – absolwenta gdańskiego III Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Westerplatte – wciąż są jednak bardzo ważne. Podobnie jak sam półwysep przy ujściu Martwej Wisły, na którym we wrześniu 1939 r. młodzi polscy żołnierze odnaleźli ducha walki, a nie skrzynkę wódki.
Ze łzami w oczach przeglądam notatki i zdjęcia. Paweł jest młody, pełen optymizmu. Wierzy, że przyszłość zmienimy na lepsze. Takie były czasy studenckie – lata młodości, walki z wojskowo-komunistycznym systemem, nauki, pierwszych miłości, nadziei, wiary, że trwając solidarnie przy prawdzie i uczciwości wywalczymy Polskę naszych marzeń, jaka nam się śniła po nocach: bez przemocy, kłamstw, oszczerstw, bezwzględnego prymatu siły jednej partii nad każdym pierwiastkiem naszego życia. Partia, jej propaganda, działacze, służby specjalne i koniunkturaliści wszelkiej maści, chcieli kontrolować i sterować każdym przejawem aktywności; wszystko było zarezerwowane w PRL dla nich. Młodzi musieli pochylić kark, aby liczyć na karierę. Albo siedzieli cicho. Albo przeciwstawiali się systemowi. Codziennie pod stocznią Paweł od dziecka miał na co dzień do czynienia z opozycją demokratyczną. Jego starszy brat Piotr był uczestnikiem przedsierpniowej opozycji. W domu były nielegalne wydawnictwa i rozmawiano o kłamstwach władzy. Cała rodzina nie godziła się na peerelowską rzeczywistość. Ojciec Pawła był repatriantem z Wilna, gdzie mieszkał przy ul. Józefa Piłsudskiego, a do Gdańska trafił w wieku 18 lat, w 1946 roku. Starszy brat wspomagał strajk robotników w Stoczni Gdańskiej, a Paweł, który dopiero co skończył podstawówkę, codziennie był pod stocznią i obserwował wielkie historyczne wydarzenia. Widział, jak Lech Wałęsa z bramy oświadczył, że mamy niezależne wolne związki zawodowe, że dużo jeszcze przed nami, ale wszyscy razem damy radę. Tego momentu nie sposób zapomnieć, to towarzyszyło mu przez całe życie. Mieszkał w parafii kościoła św. Brygidy, w którym działa się historia. W tym kościele był ministrantem i świadkiem wszystkiego, co tam się działo. Chodził do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Gdańsku, z którego okien widać stocznię. Żył, uczył się i dojrzewał w miejscu z niesamowitym, ważnym nie tylko dla Gdańska, ale dla całej Polski i Europy. Paweł był świadkiem strajku w stanie wojennym w stoczni, strać z ZOMO, walk ulicznych. Wiedział o procesach, skazanych, znał wielu uwięzionych. Tym żył przez całe liceum W 1981 roku razem z kolegą, Wojciechem Turkiem, zaczął redagować uczniowską gazetkę „Godło”. Klasę wyżej uczył się Krzysztof Skiba, który wraz z kolegami robił pisemko „Gilotyna”, dalekie od endeckiej ideologii. Po wprowadzeniu stanu wojennego brat Pawła, który był etatowym pracownikiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność, został internowany. Paweł był świadkiem strajku w stanie wojennym w stoczni, strać z ZOMO, walk ulicznych. Wiedział o procesach, skazanych, znał wielu uwięzionych. Tym żył przez całe liceum, w którym zaczął wydawać w 1984 roku podziemną „Jedynkę”. Pierwszą matrycę i białko, czyli materiał wykorzystywany w druku i powielaniu, załatwili od członków Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, tzn. byłych uczniów I LO, Krzyśka Skiby i Janusza Waluszki. Gazetka informowała o niezależnych inicjatywach młodzieży z I LO, protestach uczniowskich w innych szkołach, wzywała do aktywnego udziału w manifestacjach między innymi przerwach milczenia, udziału w demonstracjach i bojkotu pochodów pierwszomajowych. Od 1983 roku starszy brat zabierał go do Krakowa, do dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego „Beczka”, gdzie był ojciec Stanisław Tasiemski. Piotr Adamowicz opowiadał, że brali plecaki i jeździli regularnie na trasie Kraków–Gdańsk. Do Krakowa wozili wszystko, co było wydawane w Gdańsku, a stamtąd przywozili „Oficynę Literacką” i książki. Wspierali ich rodzice. Paweł jeździł też do Warszawy na spotkania dyskusyjne klubu myśli politycznej Dziekania. Stróż – drukarz Zdał w 1984 roku na studia prawnicze na Uniwersytecie Gdańskim. Od razu włączył się w działania samorządu studenckiego, którym kierowali członkowie podziemnego Niezależnego Zrzeszenia Studentów UG. Wtedy się poznaliśmy, bo włączał się w każdą akcję inicjowaną przez samorząd. Z powodzeniem startował w wyborach do samorządu wydziałowego, z trzecim wynikiem (267 głosów) stał się członkiem Rady Wydziału Samorządu Studentów Prawa i Administracji (w wyborach pokonał między innymi Przemysława Gosiewskiego). W samorządzie działał wspólnie między innymi z Wojciechem Kreftem, Markiem Hałysem, Tomaszem Posadzkim, Józefem Belą i Przemysławem Gosiewskim. Reprezentantem samorządu studentów w Senacie z ich wydziału był Jarosław Kurski. Uczelniany Samorząd Studentów UG, którym przez pewien czas kierowałem, podejmował wiele działań ważnych dla środowiska akademickiego. Broniliśmy podstawowych wolności, których resztki gwarantowała nam ustawa o szkolnictwie wyższym, a którą władze PRL postanowiły tak znowelizować, by samorząd był podporządkowany władzom dziekańskim i rektorskim. Prowadziliśmy wielką akcję propagandową, przygotowywaliśmy się do strajku. Paweł był jednym z liderów protestu na prawie, ale uczestniczył też w dyskusjach na szczeblu uczelnianym. Do strajku nie doszło, ustawę zmieniono w wakacje. Samorządy studentów na uczelniach wyższych przestały istnieć. Pozostała nam działalność w podziemiu, ale do niej angażowało się już niewielu. Nastroje w kraju były złe, panowała apatia, garstka ludzi wierzyła w powrót „Solidarności”. Zdecydowana większość krzątała się wokół problemów dnia codziennego. Pismo „ABC”, które drukował Paweł Adamowicz. Fot. Leszek Biernacki Jesienią 1986 roku wraz z Wojtkiem Kreftem i Arkiem Staniszewskim zaczął drukować podziemne pismo „ABC” – czasem na strychu kościoła św. Piotra i Pawła w Gdańsku. Staniszewski, który był ministrantem, nieraz dzwonił dzwoneczkami w najmniej odpowiednich momentach, jeśli było słychać w czasie mszy pracującą maszynę. Paweł w czasie studiów dorabiał jako stróż nocny w Gdańskim Towarzystwie Naukowym, dlatego też służył za skrzynkę kontaktową, a GTN zamieniał w tajną drukarnię. Gdy miał nocną zmianę, to od czasu do czasu Kreft przychodził do niego z ramkami i papierem, i całą noc drukowali. „ABC” miało być pismem różnych środowisk Uniwersytetu Gdańskiego, jednak w formie i treści nawiązywało do „Bratniaka”, najpierw do 1978 roku wydawanego przez SKS Trójmiasto, a później do 1981 roku przez Ruch Młodej Polski. W pierwszym numerze, który ukazał się z datą 1 października 1986 roku, w tekście „Zniewolony umysł” zostali zaatakowani anarchiści z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, którego uczestnikiem był między innymi Krzysztof Skiba oraz Totart. Anarchiści odgryźli się ostrą repliką w podziemnym piśmie „Homek”, w którym pisali o trumnie z resztkami Dmowskiego i narodowo-katolickim zaczadzeniu. W szóstym numerze Paweł Adamowicz (pod pseudonimem Kazimierz Ławrynowicz) opublikował obszerny artykuł o historii gdańskiego środowiska RMP. Oczekiwanie cudu Nadchodził czas pielgrzymki Jana Pawła II w 1987 roku. Sytuacja w kraju była katastrofalna. Ludzi wyrzucano z pracy, robotnicy nie reagowali na ciągłe podwyżki. Wygasało poczucie solidarności z pokrzywdzonymi. Doświadczenie stanu wojennego, represji, stagnacja gospodarki powodowały upadek postaw moralnych. Bolesna była świadomość, że społeczeństwo przestało wierzyć w poprawę warunków życia. Nie wierzono, że cokolwiek zmieni pielgrzymka. Stało się inaczej. Na Uniwersytecie Gdańskim wszyscy aktywni studenci zaangażowali się w tworzenie studenckiej służby porządkowej „Semper Fidelis”. Wśród organizatorów byli Paweł Adamowicz i Mariusz Popielarz – moderator odpowiadający za organizację mszy na Westerplatte. Mariusz nie miał szczęścia: gdy Jan Paweł II wylądował w Gdańsku, znalazł się za kratami aresztu. Rodzice Pawła zadeklarowali możliwość przenocowania w ich dwupokojowym mieszkaniu dwóch osób, ostatecznie gościli osiem lub dziesięć. W dniu przyjazdu papieża dworzec w Gdańsku został szczelnie obstawiony przez liczne patrole milicji, także z psami. Na poranną mszę na Westerplatte mogło pojechać jedynie około 15 tysięcy młodych ludzi. Był wśród nich Paweł. Wiele razy rozmawialiśmy – wówczas i w późniejszych latach – o pielgrzymce, o działalności w podziemiu, strajku na uczelni. Część z naszych rozmów utrwaliłem i znajdą się w II tomie książki „Wiosna wolności”. Opowiadał mi o wizycie papieża: – To było oczekiwanie cudu. Nikt na nikim nic nie wymuszał. Każdy chciał pomagać, nieść innym wsparcie. To były emocje, których już później nigdy nie było w takim natężeniu. O czwartej rano musiałem być w miejscu zbiórki służby porządkowej na dworcu. Gdy przyjechaliśmy na Westerplatte, słońce dopiero wschodziło. Wszystkich poddano dokładnej kontroli. Każdy z nas był w garniturze, białej koszuli, krawacie. Wielu na chwilę zostało zatrzymanych, gdyż spod białej koszuli prześwitywał czerwony napis „Solidarność”, umieszczony na białym podkoszulku. Wszyscy mieliśmy takie podkoszulki. Mojego kolegę z wydziału prawa, Jarka Pińkowskiego, zatrzymano, skonfiskowano mu koszulkę, spisano i wypuszczono chyba po godzinie. Wszędzie było pełno funkcjonariuszy SB, którzy wszystko skrupulatnie kontrolowali. Credo Paweł bardzo głęboko przeżył pielgrzymkę. Mówił mi, że kilka tygodni później rozmawiał z sekretarzem ambasady Stanów Zjednoczonych, który bardzo sceptycznie oceniał skutki wizyty papieża. Paweł tłumaczył mu zaś, że pielgrzymka na pewno pozostawi trwałe ślady, że bardzo ją przeżyły nowe roczniki młodzieży, które nie zaznały klęski w grudniu 1981 roku i nieudanego strajku generalnego w październiku 1982 roku po delegalizacji „Solidarności”, i to nowe pokolenie będzie w stanie nieść dalej ideały solidarności. Gdy mi to mówił, wiedziałem, że mówi także o sobie. Wizyta papieża w Trójmieście stała się dla wielu jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu. Z jednej strony odwodziła od postaw radykalnych, a z drugiej – przypominała, że „Solidarność”, jej program, jak i sama organizacja jako związek zawodowy, wciąż jest aktualna i pozostaje „zadaniem do spełnienia”. Papież wskazywał, że nie wolno zaniechać walki o przywrócenie „Solidarności”. Przypominał, że umowy społeczne muszą zostać zrealizowane, ale walka o to nie może być ważniejsza od solidarności – od porozumienia między ludźmi. Młodym ludziom, uczniom i studentom, tłumaczył, że każdy z nich na swojej drodze życia będzie miał własne Westerplatte, jakąś słuszną sprawę, obowiązek, od której nie można się uchylić i zdezerterować. Nie tylko ci, którzy byli na tej mszy, ale wielu ludzi w całej Polsce, przyjęło te słowa za swoje credo. Nie każdy potrafił być mu wiernym przez późniejsze lata. W życiu publicznym i politycznym, w walce o władzę, to szczególnie trudne. Paweł starał się temu wyzwaniu podołać i w moim przekonaniu to mu się udało. Nowy Wielki Sierpień Byłem razem z Pawłem na mszy na gdańskiej Zaspie, gdzie doszło do wielkiej manifestacji ludzi nadal wierzących w „Solidarność”. Zjechali z całej Polski. Setki transparentów „Solidarności” z różnymi hasłami pomimo kontroli uniosło się w górę. Msza nie była tylko wspólną modlitwą, była jednocześnie największą w historii mszą papieża dla „Solidarności”. Dla nas oznaczała potwierdzenie przywiązania do nauk Jana Pawła II i do „Solidarności”, nie tylko dlatego, że papież mówił „o nas i za nas”, ale dlatego, że przywrócił jedność, godność uciskanym, apelował do rządzących o zaprzestanie niesprawiedliwych praktyk. Po papieskiej pielgrzymce wszystko zaczęło toczyć się inaczej. Najpierw powoli, by w 1988 roku przyspieszyć. Paweł wspominał: – Ludzie z pielgrzymki wracali pełni energii i ja oceniałem, że może to nawet doprowadzić do społecznego wybuchu. U mnie, i na pewno u wielu, był w pamięci Sierpień ’80 i stąd gdzieś w głębi serca była taka wiara i nadzieja, że będzie możliwe przeżycie nowego Wielkiego Sierpnia”. Paweł Adamowicz (z lewej) podczas papieskiej mszy na gdańskiej Zaspie 12 czerwca 1987 r. Fot. Leszek Biernacki Jesienią 1987 roku, po długich przygotowaniach, skrystalizował się pomysł powołania w Gdańsku Klubu Myśli Politycznej im. Lecha Bądkowskiego, który miał połączyć gdańskie środowiska liberałów i konserwatystów. Pierwsze spotkanie organizacyjne odbyło się przed wizytą papieża w sopockiej redakcji „Gwiazdy Morza” w grudniu 1986 roku. Od początku miał on charakter bardzo lokalny i ograniczał się do wąskiego kręgu osób. Deklaracja założycielska została opublikowana w roku następnym, 27 października. Pod wnioskiem o rejestrację podpisał się także Paweł Adamowicz. Mimo braku zgody na rejestrację co miesiąc odbywały się spotkania i prelekcje dla grona kilkunastu osób, w których Paweł brał udział. Jedno z nich odbyło się w sopockim mieszkaniu rodziców Maryli Musidłowskiej, która wspominała, że gdy wszyscy wyszli, Paweł został i wspólnie z nią czyścił zabrudzoną dębową podłogę. W 1988 roku czekał Pawła prawdziwy egzamin. Od początku roku, od kolejnych podwyżek cen, wzrastało napięcie. Wzrosła ilość kolportowanej podziemnej prasy i książek. Paweł razem ze starszym bratem brali w tym czynny udział. Na ulicach pojawiało się coraz więcej wymalowanych protestacyjnych haseł, coś wisiało w powietrzu. Najpierw 21 kwietnia zastrajkowała na krótko Huta Stalowa Wola, cztery dni później na jeden dzień stanęły autobusy w Bydgoszczy. 25 kwietnia stanęła Huta im. Lenina w Krakowie. 29 kwietnia z powodu zwolnienia z pracy robotników w Hucie Stalowa Wola ponownie doszło do strajku, który skończył się dzień później po manifestacji siły milicji i ZOMO. W niedzielę 1 maja w kilkunastu miastach Polski doszło po mszach do niezależnych wystąpień, podczas których wyrażano poparcie dla strajkujących hutników. W Gdańsku przed mszą w kościele św. Brygidy Lech Wałęsa przemówił do zgromadzonych osób. Mówił o zaniepokojeniu sytuacją materialną ludzi pracy i zaapelował do rządu o rzeczywistą, potrójną reformę w Polsce – ekonomiczną, społeczną i polityczną. Powiedział także w stronę tłumu: – Żądam od was solidarnej postawy wobec Nowej Huty! Odpowiedziało mu skandowanie: „Jutro strajk!”. Po mszy ludzi zaatakowały oddziały ZOMO. Doszło do krótkiej potyczki. Na mszy byli działacze NZS, a także Paweł. Mariusz Popielarz od razu porozmawiał z Bogdanem Borusewiczem i Lechem Kaczyńskim, czy jeśli zastrajkuje stocznia, to mają zastrajkować studenci na Uniwersytecie. Usłyszał, że jeżeli jesteście w stanie zastrajkować, to niech studenci strajkują. Rozmawialiśmy później u mnie, jak zainicjować strajk i jak go prowadzić, bo strajki na uczelni organizowałem w 1981, oraz w 1982 roku po delegalizacji „Solidarności”. Paweł poszedł do Olka Halla, który mieszkał od niego po sąsiedzku. Był przekonany, że trzeba strajkować: – Po papieskiej pielgrzymce całe młode pokolenie marzyło o swoim Sierpniu, o swoim Westerplatte. Gdy rozpoczęły się w kwietniu w Polsce strajki, to dla mnie oczywiste było, że Stocznia Gdańska i inne stocznie powinny stanąć. W tym duchu rozmawiał z Hallem, od którego usłyszał, że na uczelni powinno się zamanifestować solidarność z robotnikami. Pierwsze publiczne wystąpienie W poniedziałek, 2 maja, stanęła Stocznia Gdańska. Wieczorem tego dnia odbyło się gorączkowe zebranie studentów. Paweł opowiadał: – Było z dziesięć osób. Pojawiały się różne propozycje, co robić, aż w końcu na spotkanie przyjechał, chyba prosto ze stoczni, Popielarz, który powołując się na „stary” NZS, zdecydowanie opowiedział się za próbą zorganizowania strajku. W końcu wszyscy się na to zgodziliśmy. Jednego, czego się wówczas baliśmy, to była możliwość kompromitacji, że na strajku będą sami inicjatorzy i kilku „zawodowych rewolucjonistów”. Ten strach powodował wahania. Przecież nikt z nas w życiu nie robił strajku. Paweł stanął na czele komitetu strajkowego. Nie był członkiem NZS, który strajk inicjował, ale zaproponowano jego osobę dlatego, aby strajk poparło jak najwięcej studentów o bardziej konserwatywnych poglądach, ale i rewolucyjnych. W środowisku konserwatywnej organizacji „Verbum”, ubiegającej się o rejestrację, przeważały negatywne opinie o strajku na uczelni. Gdyby do strajku wzywał sam NZS, nie poparli by go. Decydująca była osoba Pawła Adamowicza. Jak opowiadał Jacek Bendykowski, „jego osoba miała gwarantować, że inicjatywa będzie miała ręce i nogi, że to nie będzie hucpa, ale będziemy walczyć o coś konkretnego i sensownego. Na decyzji zaważyło także to, że Olek Hall był w stoczni. Dlatego poparcie protestu stoczniowców w formie strajku na uczelni uważaliśmy za właściwe”. W komitecie strajkowym znaleźli się: Anna Galus, Przemysław Gosiewski, Mariusz Popielarz i Andrzej Sosnowski. Paweł Adamowicz podczas strajku na Uniwersytecie Gdańskim, maj 1988 r. Fot. Leszek Biernacki Pamiętam Pawła ze strajku. Chętnie zasięgał opinii, rozważał różne warianty działania. Z rozmysłem forsował swoje pomysły. Uderzała mnie jego roztropność, a także optymizm i okazywana radość z różnych nawet drobnych zdarzeń. Lubił słuchać i dzielić się opiniami. Dobrze sobie radził z kolektywnym zarządzaniem, nie chciał siłą narzucać swoich decyzji. Nie załamał się po informacji o siłowej pacyfikacji strajku w Hucie im. Lenina, kiedy to wielu opuściło gmach Wydziału Humanistycznego. Wśród studentów rozpowiadano, że teraz przyjdzie kolej na nich. Wspominał: – Po rozbiciu strajku w Nowej Hucie atmosfera stała się nerwowa. Pamiętam, jak co chwila jacyś studenci przychodzili do mnie i mówili: „Paweł, przepraszamy, ale wiesz, nie mamy czasu” albo „Boimy się”. Niektórzy szczerze mówili, że się boją, że uciekają, a inni konfabulowali, ale bardzo wielu się usprawiedliwiało. Wspominał też, że po dwóch latach, kiedy został najmłodszym w Polsce prorektorem ds. studenckich UG (w latach 1990–1993), spotykał się z ówczesnymi uczestnikami strajku, a oni zwierzali mu się, że w tamtym czasie… zostali ojcami. Strajk zakończył się w piątek po czterech dniach. Obawiając się aresztowania, przez kilka nocy spał u dominikanów w kościele św. Mikołaja na zaproszenie o. Puciłowskiego. W niedzielę Paweł przemawiał do tłumu przed plebanią kościoła św. Brygidy. Wcześniej mówił tylko do studentów w auli humanistyki. To było jego pierwsze wystąpienie publiczne. Tak to wspominał: – Nie miałem przygotowanego przemówienia, mówiłem spontanicznie. Najważniejsze dla mnie było, aby powiedzieć, że tym razem studenci Uniwersytetu Gdańskiego w akcji solidarności strajkowali z robotnikami Stoczni Gdańskiej, że byliśmy z nimi w pełni solidarni, czego zabrakło w 1968 roku. Stworzyłem taką puentę swojej wypowiedzi, bo chciałem jej nadać dodatkowy sens. Całe podwórko było pełne ludzi, a wielu jeszcze stało na placu za bramą. Frekwencja była kolosalna. Było bardzo wielu studentów. Strajk na Uniwersytecie Gdańskim, maj 1988 r. Fot. Leszek Biernacki Wyjście z podziemia Po wiecu rozmawiał z doradcami Lecha Wałęsy: – Nie mieli do nas pretensji. Przeciwnie, gratulowano nam naszej postawy i rozumiano naszą słabość i brak wiary w możliwość dalszego prowadzenia strajku. Rozmawialiśmy wówczas między innymi długo z Michnikiem, który jeszcze długo po strajku przebywał na plebanii kościoła. Starałem mu się wytłumaczyć, dlaczego tak postanowiliśmy, a on przerwał i stwierdził, że świetnie się stało, że strajk był, że został umiejętnie zakończony. To przecież był jedyny kilkudniowy strajk poza stocznią. Po zakończeniu strajku komitet strajkowy przekształcił się w Studencką Grupę Negocjacyjną, co było ewenementem w skali całej Polski. Na jego czele był Paweł. Na UG pojawiły się stoliki, przy których były zbierane podpisy pod petycjami o legalizację „Solidarności”, zaczęto jawnie rozprowadzać bibułę. Opozycja wyszła z podziemia. Z powodu strajku Paweł nie przystąpił do egzaminu z wojska. Obawiał się drugiego terminu. Kilku studentów z powodu niedostatecznej oceny z wojska musiało opuścić uczelnię. Tak jak w 1984 roku Tomasz Bedyński, jeden z liderów NZS UG. Na szczęście nie spotkały go żadne szykany. Gdy nadszedł przełomowy strajk w sierpniu 1988 roku, Pawła nie zabrakło. Wspomagał strajkujących na plebanii kościoła św. Brygidy, skąd kolportowano ulotki i przemycano do stoczni pomoc dla strajkujących. W nowym roku akademickim obok pozytywnych zmian zaczęły dziać się rzeczy niedobre. Doszło do nich przy wyborach nowego samorządu studentów. Paweł mówił o tym z niechęcią, ponieważ po raz pierwszy w życiu spotkał się wówczas z „partyjnym układem” wśród ludzi wywodzących swoje ideały z „Solidarności” i nauk Jana Pawła II. Na skutek takiej postawy kolegów ograniczył aktywność do organizowania wspólnie z Popielarzem spotkań dyskusyjnych i skupił się na pisaniu pracy magisterskiej. Spotkania odbywały się w ramach Studenckiego Klub Myśli Politycznej „Impuls”, który tworzyli studenci z NZS, „Verbum” i samorządu studenckiego. Za podstawowe swoje zadanie przyjęli w 1989 roku wspieranie kampanii wyborczej „Solidarności”. Na spotkaniu z Adamem Michnikiem i Aleksandrem Kwaśniewskim prezentował sylwetkę tego pierwszego. Odczytał treść wywiadu środowiskowego przeprowadzonego przez dzielnicowego, który sporządził go na zlecenie prokuratora na proces Michnika w 1985 roku w Gdańsku. Cała sala co chwilę wybuchała śmiechem, a Kwaśniewski miał w tym czasie dość niewyraźną minę. Spotkanie z Adamem Michnikiem i Aleksandrem Kwaśniewskim podczas kampanii przed wyborami 4 czerwca 1989 r. Fot. Leszek Biernacki W 1989 roku Paweł kończył studia. Skoncentrował się na pisaniu i obronie pracy magisterskiej na Wydziale Prawa i Administracji UG. Każdą wolną chwilę poświęcał na pomoc w kampanii wyborczej „Solidarności”, której sztab mieścił się na plebanii św. Brygidy. Cieszył się ze zwycięstwa kandydatów Komitetu Obywatelskiego. Wszyscy czuliśmy wówczas, że czas komunistycznego systemu przeminął. *** Ciężko było pisać wspomnienie o Pawle w czasie żałoby. Ze łzami w oczach przeglądam notatki i zdjęcia. Paweł jest młody, pełen optymizmu. Wierzy, że przyszłość zmienimy na lepsze. Jest szefem strajku na Uniwersytecie w maju 1988 roku, jest na mszy papieskiej na Zaspie w 1987 roku, prowadzi debatę Kwaśniewski–Michnik oraz z Jackiem Kuroniem. Ciężko… bardzo smutno. Chciałem jak najwierniej oddać to, o czym mi opowiadał, co sam zapamiętałem i co mówili mi inni. W takim stanie żałoby trudno wszystkie fragmenty zebrać w spójną całość. Na ostatniej stronie II tomu „Wiosny wolności”, którego Paweł się nie doczekał, zamieszczę kilka słów jemu dedykowanych: Pamiętajmy Książka została wydana dzięki wydatnej pomocy Pawła Adamowicza, który był przy narodzinach idei opisania historii opozycji studenckiej w Trójmieście w latach 80. Po raz pierwszy o jej wydaniu rozmawialiśmy na początku 2008 roku. Poprosił mnie wtedy o napisanie dłuższego tekstu o strajku na Uniwersytecie Gdańskim sprzed trzydziestu lat. Wiedział, że od dawna zbieram materiały do książki o studenckiej opozycji. Przekonałem Go, że warto napisać szerzej i wydać obszerną książkę, bo wszystko, co się wówczas wokół nas działo, trzeba utrwalić, a w miarę upływu czasu przeszłość staje się coraz mniej wyraźna, czasem zostaje przekłamana. Dlatego wydanie książki się odwlekło. Była gotowa do druku na przełomie 2009/10 roku. Niestety, to się wówczas nie udało. W 2016 roku, znów po rozmowie z Pawłem, wydania książki podjęła się Oficyna Gdańska. Jednocześnie pomógł znaleźć dofinansowanie. W następnym roku został wydany tom I. Nie mogliśmy doczekać się druku tomu II, w którym został dokładnie opisany przebieg strajku majowego na UG, o co prosił. Czuję ogromny smutek, że Paweł tej książki do rąk już nie weźmie. Nie przypomni sobie, jak wówczas było, jak mi opowiadał o swoich przeżyciach, którym w książce nadałem tytuł „Nasze Westerplatte”. Myślę, że wielu z nas, z naszego pokolenia, to zadanie, które przed nami postawił Jan Paweł II wypełniło, a Paweł Adamowicz szczególnie. Brzmiało ono: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można »zdezerterować«. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba »utrzymać« i »obronić«, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić – dla siebie i dla innych” (Jan Paweł II, homilia wygłoszona na Westerplatte 12 czerwca 1987 roku).
Opublikowano: 2013-09-01 13:58:03+02:00 · aktualizacja: 2013-09-01 13:59:05+02:00 Dział: Polityka Polityka opublikowano: 2013-09-01 13:58:03+02:00 aktualizacja: 2013-09-01 13:59:05+02:00 Jan Paweł II przypomina nam, że nie możemy nie dbać o Polskę, o wiarę, o nasze dziedzictwo. "Nie można zdezerterować!" Publikacja dostępna na stronie:
każdy ma w życiu swoje westerplatte